Gałęzie lekko uginały się pod wpływem wiatru. Liście szeleściły i razem z gałęziami unosiły się w górę lub opadały w dół, muskając głowy przechodniów. Wiatr się nasilał, a wietrzne dzieciaki śmiały się do łez, gdy któremuś z nich udało się strącić jakąś czapkę i pofrunąć nią daleko. Bawiły się i robiły wyścigi, kto dalej, kto mocniej, kto więcej… Ludzie ich nie widzieli i narzekali, że to gałęzie drzew strącają z głów ich czapki, berety i kaptury. Wietrznym urwisom bardzo się to podobało, bo mogli być bezkarni i rozrabiali na cudzy koszt. Dopiero mama przywołała ich do porządku. Kazała przeprosić drzewa, a ludziom oddać ich własność. Jeden z urwisów nie chciał wykonać jej polecenia. Rozchmurzył się dopiero, gdy obiecała mu, że zabierze go, razem z jego rodzeństwem, na seans kinowy na otwartym powietrzu. Obiecała łaskawie, że pozwoli im trochę poszumieć i pobawić się drzwiczkami niedomkniętych samochodów.
Autor: Ewa Damentka